Maja Elżbieta Cybulska
© Maja Elżbieta Cybulska
redakcja, projekt okładki, opracowanie graficzne:
© Wiesław Fałkowski | ArtNotes

Maja Elżbieta Cybulska — krytyk literacki, eseistka, badaczka literatury polskiej
i wieloletnia wykładowczyni języka oraz literatury polskiej. Urodziła się 8 maja 1941 roku w Lidzie. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie
w 1969 roku obroniła doktorat poświęcony opowiadaniom Jarosława Iwaszkiewicza. W latach 1969–1972 przebywała na stypendium naukowym w Oxfordzie, a od
1972 roku mieszka w Londynie.
Przez wiele lat związana była z Biblioteką Polską w Londynie, londyńskimi „Wiadomościami” oraz „Tygodniem Polskim”, publikując recenzje, szkice i felietony literackie. Wykładała historię literatury polskiej na Polskim Uniwersytecie na Obczyźnie, prowadziła również kursy języka polskiego w londyńskich instytucjach edukacyjnych. Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Naukowego na Obczyźnie
i profesorem Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie.
Autorka licznych książek eseistycznych, krytycznoliterackich i wspomnieniowych, m.in. Tematy i pisarze, Wacław Iwaniuk. Poeta, Potwierdzone istnienie. Archiwum Stefanii Zahorskiej, Dobra Anglia i inne szkice, Czasem jest pięknie. Rozejrzyjcie się, Rysa — Wątki, Łabędź. O wierszach, Okienko. Notatki oraz Płynę. Publikowała
w czasopismach krajowych i emigracyjnych, m.in. w „Nowych Książkach”, „Twórczości”, „Frazie”, „Kulturze” paryskiej, „Wiadomościach”, „Tygodniu Polskim”
i „Pamiętniku Literackim”.
W 2014 roku otrzymała Nagrodę Literacką Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie
z siedzibą w Londynie za całokształt twórczości.
Płynąć mimo wszystko
O książce Płynę Maji Elżbiety Cybulskiej
Są książki, które udają wielką konstrukcję. Mają rozdziały, plan, temat główny, temat poboczny, elegancko rozmieszczone punkty ciężkości i puentę, która przychodzi dokładnie wtedy, kiedy powinna. Są też książki inne: pisane jak oddech, jak notatka na marginesie dnia, jak rozmowa prowadzona trochę z czytelnikiem, trochę z samą sobą, a trochę z tym nieokreślonym „czymś”, co domaga się zapisania, zanim zniknie.
Płynę Maji Elżbiety Cybulskiej należy właśnie do tego drugiego rodzaju. Autorka sama podpowiada sposób lektury już na początku, kiedy po wcześniejszym Okienku. Notatkach przyznaje, że to miał być koniec pisania, ale coś lub ktoś nadal domaga się zauważenia. I rzeczywiście: ta książka wyrasta z potrzeby zauważania. Nie z ambicji stworzenia wielkiej syntezy, nie z chęci ustawienia świata do pionu, choć temperament publicystyczny autorki bywa tu mocny, ale z odruchu zapisywania tego, co jeszcze przez chwilę jest żywe.
Tytuł Płynę można czytać dosłownie. W książce jest statek, morze, rejs, ptaki, delfiny, wieloryby, pandemiczna osobność podróży. Morze nie jest jednak dekoracją turystyczną. Dla Cybulskiej nie chodzi o egzotyczne brzegi ani kolekcjonowanie wrażeń. Chodzi o przestrzeń, ogrom, ruch, o to szczególne doświadczenie, w którym człowiek przestaje być centrum świata, a mimo to czuje się bardziej sobą. Ale tytuł działa także głębiej. „Płynę” znaczy: trwam. Idę dalej. Przemieszczam się przez starość, chorobę, pamięć, irytację, samotność, lektury, polityczną wściekłość, śmieszność codzienności i metafizyczny niepokój. Nie zawsze z godnością. Czasem
z przekleństwem pod adresem komputera. Czasem z nagłą czułością. Czasem
z bezradnym śmiechem. Ale jednak: płynę.
Najciekawsze w tej książce jest napięcie między powagą a groteską. Sama autorka mówi o podobnym trybie przy okazji Okienka, ale ta uwaga świetnie opisuje również Płynę. Cybulska potrafi przejść w kilku zdaniach od spraw ostatecznych do manicure, od wiary do złośliwego komentarza politycznego, od śmierci nieznanego człowieka odnalezionego na morzu do domowych, niemal banalnych kłopotów. I właśnie
w tym zderzeniu jest prawda tej prozy. Życie nie układa się przecież tematycznie. Nie ma osobnej szuflady na Boga, osobnej na kota, osobnej na pandemię, osobnej na Putina, osobnej na zgubiony pantofel i osobnej na książki przeczytane w międzyczasie. Wszystko przychodzi razem, miesza się, przeszkadza sobie, czasem się oświetla.
Cybulska jest autorką bez filtra grzecznościowego. Bywa ostra, niesprawiedliwa, kąśliwa, bezlitosna wobec głupoty, biurokracji, politycznych zwyrodnień, stadnych odruchów i technologicznego przymusu. Nie próbuje udawać osoby miłej dla wszystkich. To ważne, bo właśnie dzięki temu jej głos ma charakter. W czasach literatury coraz częściej wygładzonej, ostrożnej, korektorskiej nie tylko w sensie językowym, ale i moralnym, Płynę brzmi jak zapis kogoś, kto jeszcze ma odwagę mówić własnym tonem. Nie zawsze trzeba się z tym tonem zgadzać. Czasem można się zżymać. Ale trudno go pomylić z jakimkolwiek innym.
Książka jest także zapisem czasu pandemii. Nie w formie kroniki sanitarnej, ale jako świadectwo psychicznego i społecznego rozstroju. Covid, szczepienia, Digital Covid Pass, lęk przed kontaktem, procedury, formularze, elektroniczne potwierdzenia, nieufność wobec ludzi i urządzeń — wszystko to tworzy świat, w którym człowiek zostaje zamieniony w paczkę danych. Cybulska nie pisze traktatu o technologii, ale jej irytacja wobec cyfrowego przymusu ma wymiar głębszy niż zwykłe narzekanie. To sprzeciw wobec świata, który coraz mniej ufa osobie, a coraz bardziej ufa systemowi.
Drugim ważnym nurtem książki jest pamięć. Pamięć osobista, literacka, emigracyjna, historyczna. Autorka zapisuje nazwiska, spotkania, środowiskowe epizody, lektury, rozmowy, dawne relacje, drobne zadry. Przez książkę przewijają się pisarze, poeci, tłumacze, znajomi, instytucje polskiego Londynu, ale także postacie historii, jak Julia Pirotte. W najlepszych fragmentach Płynę staje się czymś więcej niż prywatnym dziennikiem. Jest małym archiwum świata, który łatwo mógłby się rozproszyć: polskich rozmów na emigracji, bibliotek, wieczorów autorskich, czasopism, wydawniczych kłopotów, przyjaźni, urazów i gestów życzliwości.
Osobne miejsce zajmują lektury. Cybulska czyta nie akademicko, lecz życiowo. Książki uruchamiają skojarzenia, prowadzą do wspomnień, drażnią, zachwycają, pozwalają komentować świat. Éric Faye, Sophy Roberts, Elif Shafak, John le Carré, Jan Twardowski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska — nie są tu nazwiskami z bibliografii, ale rozmówcami. Literatura nie jest dekoracją inteligencji. Jest narzędziem orientacji w świecie. Czasem ostatnim narzędziem, jakie zostaje, kiedy rzeczywistość zaczyna przypominać mieszaninę absurdu, przemocy i administracyjnego obłędu.
Najbardziej przejmujące są jednak te momenty, w których spod ironii przebija samotność. Autorka broni się przed sentymentalizmem, nie lubi ekshibicjonizmu, nie chce „wywlekać osobistych szczegółów”. A jednak właśnie w krótkich, prawie mimochodem zapisanych zdaniach o fizycznej słabości, o potrzebie rozmowy, o kocie Adasiu, o lęku przed utratą, o życiu obok drugiego człowieka pojawia się emocjonalne centrum książki. To nie jest literatura skargi. To raczej literatura godności, która pozwala sobie na bezradność tylko na tyle, na ile nie grozi jej popadnięcie w ckliwość.
Czy Płynę jest książką dla każdego? Nie. Czytelnik szukający linearnej opowieści może poczuć się zagubiony. Ktoś oczekujący łagodnego tonu może odbić się od ostrości sądów. Ktoś inny uzna, że prywatność, polityka, lektury i anegdota środowiskowa zbyt gwałtownie wpadają tu na siebie. Ale właśnie ta nieporządna żywotność stanowi o wartości książki. To nie jest tekst martwo skomponowany.
To zapis umysłu w ruchu.
Finałowy powrót do portu, łodzi, ciemnego żywiołu i słowa „Płynę” domyka książkę pięknie, bo niczego nie zamyka ostatecznie. Nie ma tu wielkiej konkluzji. Jest gest dalszego istnienia. Przez życie. Przez to. Przez tamto. W świecie, który raz przypomina ogród wybuchający kolorami, a raz „ruską chlewnię” otwartą na oścież, Cybulska wybiera nie tyle nadzieję, ile ruch.
A czasem ruch wystarcza. Zwłaszcza wtedy, kiedy zatrzymanie byłoby już zgodą na milczenie.

